Zastanawiałeś się kiedyś, ile decyzji podejmujesz każdego dnia? Serio, to jest jakaś masakra. Już od momentu, gdy otwierasz oczy, mózg dostaje pierwszą serię pytań: Wstaję teraz czy jeszcze pięć minut? Kawa czy herbata? Jajecznica czy kanapki? Jaki outfit? Metro czy autobus? I tak w kółko. Nawet nie zdążysz się dobrze obudzić, a już masz za sobą kilkanaście mikrodecyzji.
I tutaj dochodzę do wniosku: czy przypadkiem nie przeciążamy sami siebie? Mózg ma ograniczoną pojemność, a my ładujemy w niego setki, jeśli nie tysiące decyzji dziennie. A potem pod wieczór czujemy się jak po przebiegnięciu maratonu umysłowego. To się nawet fachowo nazywa—zmęczenie decyzyjne. Po prostu po całym dniu podejmowania decyzji, pod koniec już nam się nie chce i idziemy na łatwiznę. Co na kolację? Cokolwiek. Co oglądam? Coś, co Netflix mi podsunie. I tak dalej.
Pytanie brzmi: czy można jakoś to odciążyć? Da się! Jest kilka trików, które sprawiają, że nie musimy myśleć o każdej pierdółce. Najłatwiejszy sposób to po prostu usuwać decyzje, które są zbędne. Przykład? Steve Jobs i jego czarny golf. Mark Zuckerberg i jego szare t-shirty. Ludzie sukcesu często upraszczają ubiór do minimum, bo każda decyzja mniej to więcej energii na te ważne rzeczy. Ja co prawda nie zamierzam chodzić codziennie w tym samym, ale mogę np. przygotować ubrania wieczorem zamiast rano się zastanawiać.
Kolejna rzecz to lista rzeczy do zrobienia. Jeśli rano wiem, że mam 10 spraw na głowie, to zamiast miotać się między nimi, filtruję te najważniejsze. Takie absolutne „must do”. Reszta może poczekać albo zniknie sama. Taki filtr oszczędza masę energii, bo nie tracę jej na pierdoły.
To jest hit. Jeśli coś stanie się nawykiem, to nie musisz o tym myśleć. Dlatego np. jeśli jem codziennie to samo na śniadanie, to mózg już nie zastanawia się, co dzisiaj wybrać. Podobnie z poranną rutyną—wstaję, kawa, krótka rozgrzewka, prysznic i do roboty. Dzięki temu dzień zaczyna się płynnie, a nie w chaosie.
I tutaj wchodzimy na wyższy level. Bo oprócz decyzji, które podejmujemy świadomie, są jeszcze te, które ktoś nam podsuwa. Powiadomienia na telefonie, maile, reklamy, social media—one wszystkie wciągają nas w myślenie o rzeczach, które nie są dla nas priorytetem. Dlatego np. rano staram się nie otwierać skrzynki mailowej jako pierwszej rzeczy. Bo jeśli to zrobię, to mój dzień zacznie się nie od moich zadań, tylko od cudzych priorytetów.
To brzmi banalnie, ale czasem najlepszą decyzją jest… nie podejmować decyzji. Jeśli coś nie jest pilne i nie ma konsekwencji, to może po prostu nie warto się tym zajmować? Nie musisz odpowiadać na każdą wiadomość od razu. Nie musisz decydować, co robić na wakacje pół roku wcześniej. Niektóre rzeczy mogą poczekać, aż same się wyklarują.
Podsumowując: mamy ograniczoną pulę energii na decyzje, więc warto nimi gospodarować. Automatyzować, planować, tworzyć nawyki, ograniczać bodźce i czasem po prostu… odpuścić. Bo w końcu najważniejsze decyzje wymagają pełnej mocy, a nie resztek energii po wybieraniu koloru skarpetek.
I wiesz co? Chyba od jutra zaczynam dzień od kawy i tego samego śniadania. Jedna decyzja mniej.